peaceful warrior_1

Siła spokoju (Peaceful Warrior).

Film „Peaceful Warrior” to przykład tego, jak niedoskonały film może dostarczać doskonałych wskazówek do szczęścia i istoty naszego ziemskiego bytu. Pragnę, aby wystarczyło tylko jego obejrzenie, żeby przerwać bezsensowne ucieczki umęczonego umysłu w przeszłość bądź w przyszłość i pozwolić mu być TERAZ.

Bo w każdej chwili coś się dzieje i tylko to się liczy. Uważajmy, by w pogoni za szczęściem nie zapomnieć jak być szczęśliwymi. To wędrówka daje szczęście, a nie jej cel. Ślepe dążenie do osiągania stanów i rzeczy to znieczulenie, jakiego dostarczamy sobie uciekając od doświadczania własnego życia i tego co się dzieje wokół.

Żeby się przed tym uchronić pamiętajmy o:
PARADOKSIEŻycie jest tajemnicą, nie trać czasu na próbę jej rozwikłania,
HUMORZEPoczucie humoru, zwłaszcza na swój temat, to ogromna siła,
ZMIANIENic nie pozostaje takie samo.

HGlucky_2

Happy go lucky.

Rozbrajająca zabawność tego czarującego filmu wynika z KONTRASTU. Gdyby to był film biograficzny o Poppy, byłby nudny. Jej konfrontacja z innymi (chodzi głównie o instruktora nauki jazdy Scott’a) pokazuje, jak ich, lęki, frustracje, uprzedzenia są nienaturalne.

To zupełnie tak, jakby czysta energia przeglądała się w krzywym zwierciadle. To z tego się śmiejemy, a śmiech ten ma terapeutyczną moc. To śmiech, który pomaga nam przypomnieć sobie ile w nas jest dobrego.

1900_1

1900: Człowiek legenda.

G. Tornatore to ktoś, kto ma spore zasługi w czynieniu kina magicznym. To taki stary gawędziarz, wzbudzający swoimi rozbudowanymi opowieściami tęsknotę za starymi dobrymi czasami i wartościami. Ja jednak nigdy nie mogłem się przekonać do jego stylu. Doceniałem jego wysiłek, ale nigdy go nie kupiłem. Jego historie wzruszają mnie ale tak jakoś nie do końca. Ten reżyser zawsze będzie mi się kojarzył z jedną sceną z filmu: „Historia kina w Popielawach”. Bracia Lemiere przyjeżdżają w niej do Popielaw i zapoznają się z budową kinomaszyny, a potem radośnie tańczą, bo zdają sobie sprawę, jak istotny wynalazek zobaczyli i jak będą mogli to wykorzystać. Tornatore pasuje do tego tańca. To taki mistrz drugiej ligi, któremu zawsze czegoś będzie brakowało do prawdziwej wielkości. Film „Legend of 1900” to jednak bezsprzecznie film, który mógł reżyserowi dać awans do ekstraklasy.

Ma ten film wszystko, co potrzebne żeby się nim zachwycać. Jest olśniewający w wymiarze wizualnym. Zapowiada to już pierwsza scena – wyłaniający się z mgły zarys Ameryki – ziemi obiecanej budzi szczególne emocje. Statua Wolności, odbijająca się w przejętym żarem i zaszklonym nadzieją oku imigranta zdaje się mówić: bierz los w swoje ręce, udowodnij tu swoją wartość, zostań zwycięzcą, podobnie jak ja uniesiesz rękę w geście tryumfu. Intrygująco jest pokazane główne miejsce akcji – transatlantyk Virginian. To wielopoziomowy miniświat, w którym jak w kawałku odkrojonego tortu wyraźnie widać wszystkie warstwy. Z trapu statku widzimy też Nowy Jork. Jest ruchliwy, tętniący życiem, nieogarnięty, bezkresny, dymiący, z gąszczem ulic i budynków.
Ponadto, film przyciąga muzyką. Oprócz tego, że słyszymy w nim perfekcyjny soudtrack Mistrza Morricone, to muzyka sama w sobie jest tu bohaterem. Jestem zachwycony (nie będąc wielkim miłośnikiem jazzu) pojedynkiem muzycznym rozgrywanym na statku. Dokładnie jego przebiegiem, dramaturgią, opanowaniem i całkowitą kontrolą jaką ma nad nim wychowany na statku T. D Lemon, ochrzczony w skrócie przez przybranego ojca mechanika jako 1900.
Właściwie to postać 1900 jest w największym stopniu źródłem mojego zachwytu filmem. Jego losy, talent, błyskotliwość, opanowanie, zrozumienie świata i dystans do niego są szalenie intrygujące. 1900 potrafi błyskawicznie zyskać sympatię i uznanie widza. Tak dzieje się choćby wtedy, gdy jako mały szkrab, którego nogi nie sięgają do podłogi z siedzenia pianisty odpowiada kapitanowi statku: „Pieprzyć regulamin”, albo wtedy, gdy wygrawszy pojedynek z królem jazzu wypowiada na jego pożegnanie: „Pieprzyć jazz”.

To postać, która przez to, że całe życie spędziła na statku zdobywa dystans do świata. 1900 nie jest ani z Europy, ani z Ameryki. Z tego powodu jest skazany na przelotne znajomości z ludźmi. Ich długość reguluje czas trwania rejsu ze Starego kontynentu na Nowy lub odwrotnie. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest przyjaźń (znajomość) z Maxem, która tylko dzięki temu, że ten też jest muzykiem trwa dłużej (6 lat). Waham się przed nazwaniem Maxa przyjacielem 1900, bo ten drugi zdaje się reprezentować zupełnie nieosiągalny dla zwykłego śmiertelnika poziom. 1900 przez swój geniusz ale też przez piętno porzucenia jest zamknięty w metalowym pudle. Na trwałe z nim zespawany. Tych spawów nie jest w stanie rozpuścić nawet miłość do pięknej włoskiej blondynki – córki włoskiego farmera.

1900 to człowiek, który nigdy nie usłyszy krzyku oceanu, bo zawsze będzie się na nim znajdował. On zdaje sobie sprawę, że istnieje inny punkt widzenia, ale nie dąży do jego odnalezienia. Usłyszenie oceanu wydaje się możliwe, bo jest możliwość zejścia na ląd. 1900 stwierdza jednak, że ta możliwość to tylko złudna iluzja. Nieosiągalna dla niego. Taki jest piekielny tragizm jego postaci.
Pojmuje to nawet Max, dlatego godzi się z tym, że koniec transatlantyku Virginian jest równoznaczny z końcem 1900.

Piękno tego filmu polega na tym, że zostawia nam wiele problemów do samodzielnego rozpatrzenia. Zmusza do zastanowienia dlaczego 1900 nie zszedł na ląd.
Kogoś innego znowu może oczarować sama baśniowość filmu.
W końcu dobra historia jest więcej warta niż stara trąbka :)

rewolwer_CPW

Cental Park West w Teatrze 6. piętro.

Na scenie pojawia się razem z Howardem. Lśniący, zabytkowy, piękny rewolwer z kolekcji ojca. Nie wystrzeliwuje od razy, by dopomóc w zabójstwie czy samobójstwie. Od tej chwili czekamy jednak w napięciu, kiedy to się stanie.

W tym czasie wystrzeliwał, i to po wielokroć, Sam – mąż Phyllis. Do momentu uszkodzenia figurki płodności, jego pozamałżeńskie wybryki obrosły legendą. Liczba kochanek Sama, nas widzów, przyprawia o zawrót głowy, a jego żonę doprowadza do rozpaczy i na skraj załamania nerwowego. Phillis, grana przez panią Joannę Żółkowską jest bardzo przekonująca. Rozpacz i walka o odzyskanie godności w jej wykonaniu jest grą najwyższej próby. Jest ona uroczo złośliwa w stosunku do Carol. Mimo całego nieszczęścia pozostaje wyrafinowanym kpiarzem, wciąż stać ją na cyniczne i inteligentne uwagi wobec Howarda, Sama i Juliet. Cios, jaki otrzymuje sprawia, że staje się bardziej świadoma tego, co mogło doprowadzić do rozstania. To czyni ją bardziej ludzką. Na chwilę zapominamy o jej władczości, o faszystowskich sympatiach i zwyczajnie jej współczujemy. Tym bardziej, że tak się niefortunnie złożyło, że sama nieświadomie zainicjowała mechanizm destrukcji. Jej praca z jedną z pacjentek cierpiącą na fobię przed mężczyznami została skutecznie przez nią wyleczona. Reszty dokonuje Sam.

W środowy wieczór w Teatrze 6. piętro byłem świadkiem zgrabnego i sprawnego współdziałania aktorów na scenie. Nigdy jeszcze pani M. Foremniak nie śniła mi się jako włochaty pająk, ale jej złość będąca reakcją na to wyobrażenie, będzie mnie rozśmieszać i pozostanie mi w pamięci na długo. Podziw budzić będzie poświęcenie, jakiego dokonał pan P. Gąsowski wcielając się w rolę rozchwianego emocjonalnie nieudacznika Howarda. Świetny w odgrywaniu kryzysu wieku średniego był również pan W. Wysocki, a lekkie onieśmielenie przy jednoczesnym nieuświadomionym jeszcze do końca własnym sex appealu wybornie pasuje do pani J. Pietruchy. Ten kawał znakomitej pracy aktorskiej i wzajemna chemia na scenie zostały docenione wielokrotnymi, spontanicznymi wybuchami śmiechu wśród widowni i gromkimi brawami na koniec.

Nie miałem nic przeciwko, żeby ten spektakl trwał sobie w nieskończoność, bo spodobało mi się naśmiewanie się z perypetii życiowych elity Central Par Westu. Jestem przekonany, że równie dobrze jak ja, bawiłby się na spektaklu pan Woody Allen. Zresztą przecież patrzył on na wszystko z pewnej perspektywy.

Ten reżyser, gdy bierze ze sobą lustro i wędruje z nim przez życie wyższych sfer Nowego Jorku, to my mamy później gwarancje wyśmienitej zabawy. Tym razem chodził z nim pan Eugeniusz Korin i ustawiał lustro pod takimi kątami, żeby widzowie w Polsce nie mieli kłopotów z pokonaniem różnic kulturowych i zrozumieniem rozterek nowojorskiego high lifu. Wyszło wybornie.

W Teatrze 6. piętro byłem pierwszy raz, a wizyta ta będzie niezapomniana. Czułem się podobnie jak pan Kuba Wojewódzki po debiucie aktorskim w „Zagraj to jeszcze raz, Sam.” Powiedział on: „Jestem postacią, której spełniło się marzenie, żeby średniej klasy cynik z małego śmiesznego kraju mógł zagrać największego cynika wszechczasów. To jest tak, jak bym mógł zagrać Pana Tadeusza, Daniela Olbrychskiego, a kiedyś w przyszłości może… siebie. To jest fantastyczne wyzwanie dla mojej wyobraźni.”

Tym razem jeszcze mniejszy cynik z jeszcze mniejszego i jeszcze śmieszniejszego miasta Radomia (patrz ostatni odcinek „Kuchennych rewolucji” p. M. Gessler) miał okazję wypowiedzieć swoje wrażenia i nazwać swoje emocje po drugim odcinku tryptyku: „Miłość, Zdrada i Wybaczenie według Woody Allena.” Serdecznie dziękuję za zaproszenie do Teatru 6. piętro, miłą gościnę i dostarczenie mi pozytywnych wrażeń.

Nightwatching_1

Straż nocna (Nightwatching).

Ten film jest zbyt istotny, żeby pozostawić go bez komentarza.
Jeśli dziś nazwisko Rembrandt coś nam mówi, to w istocie największą tego zasługą jest jego obraz „Straż nocna”. Malarz miał wiele wątpliwości przed przystąpieniem do realizacji tego dzieła, jednak to czego dokonał znacznie wykracza poza ramy sztuki.


Rembrandt pochodził z prowincji. Talent i dyplomacja pozwoliły mu szybko zaistnieć i piąć się w społecznej hierarchii Amsterdamu. Małżeństwo z Saskiją uczyniło zeń dostatnią osobę. Bogactwo służy Rembrandtowi ale nie zabija jego wrażliwości.
Malarz wyczuwał, że podjęcie się wykonania zlecenia holenderskich pseudożołnierzy może być przełomowe. Mógł wykonać tę pracę jak typowy malarz usługowy – spełniający oczekiwania zleceniodawców. Mógł nakarmić ich próżność, a przez to zapewnić sobie uznanie i kontynuować wygodne życie. Mógł namalować ich jako herosów i w ten sposób ukryć ich niegodziwości.


On tymczasem wykazał się odwagą. Namalował całe zło, jakiego dokonali oraz zakpił z ich słabości i przywar. Może w przyjęciu tej śmiałej postawy pomogła mu rodzinna tragedia. Śmierć Saskii uświadomiła mu jak dużo znaczyła dla niego żona. Może właśnie ta ekstremalna sytuacja wyzwoliła w nim posłańca prawdy. Faktem jest, że dzięki „Straży nocnej” staje się już nie tylko malarzem ale też sędzią, demaskatorem i kpiarzem. Płaci za to sporą cenę. Narusza interesy wpływowych ludzi, a ci mszczą się w wyrafinowany sposób. Rembrandt zostaje konsekwentnie przez nich odcinany od zleceń, a jego dobre imię jest z premedytacją szargane.
To cena, jaką ponosi strażnik nocny – człowiek, który swoimi farbami namalował raj pokrzywdzonym i poniżonym przez bezkarnych oficjeli.
Chylę czoła  przed Peterem Greenaway’em ze ten film. Dzięki niemu bardziej rozumiem, czemu Rembrandt wielkim malarzem był.

7 pieczec_1

Siódma pieczęć

W tym filmie możemy się przyjrzeć ciekawemu pojedynkowi szachowemu. Pojedynkowi Rycerza ze Śmiercią o całkiem fundamentalną stawkę, znaczy się o życie.


Rycerz prawie cały czas chodzi w tym filmie struty. Gnębi go istota Boga, jego milczenie. Chciałby uzyskać odpowiedź na wszystkie fundamentalne pytania. Dzięki determinacji udaje mu się oszukać na chwilę przeznaczenie, namawiając je na partyjkę. To robi wrażenie! To jest spektakularny sukces. Śmierć nie zabiera go tak szybko, jak innych. Nie było jednak szans, żeby wygrać, bo jak można wygrać bez treningu, pytam się. Ciężko dobrze grać i ograć tak dobrego gracza, skoro się nie doskonali, tylko wyżyna w odległych krainach ludzi, z imieniem Boga na ustach.
Martwi mnie to, że Antonius nie żałował, że pojechał na wyprawę krzyżową. Tak odpowiada bezpośrednio zapytany przez żonę: „Nie żałuję, jestem tylko zmęczony.
Jest jednak w filmie taki moment, gdy posępność naszego dzielnego Krzyżowca ulatuje, a on doświadcza radości trwającej chwili. Dzieje się tak, gdy poznaje rodzinę kuglarzy i gdy zasiadają sobie oni przy skromnej poziomkowo – mlecznej wieczerzy, rozmawiają i słuchają miłej muzyki. To bardzo ważny moment. Przypomina, że życie jest tajemnicą. Nie warto tracić czasu na próby jej rozwikłania. Liczy się świadomość tego co tu i teraz.
Może właśnie dzięki tej chwili Antoniusowi mimo wszystko udaje się coś ugrać w pojedynku.

Deszcz oczyszcza ich lica z zakrzepłych łez„.

herr_vig_1_1280

Klasztor. Pan Vig i zakonnica.

Starszy i całe życie samotny człowiek, widzący świat po swojemu chce zrealizować zamysł o uruchomieniu klasztoru. Niezwykłość tego pomysłu polega na tym, że ma to być klasztor prawosławny i ma się znajdować w Danii. Tam pan Vig posiada podupadły zamek, który kiedyś okazyjnie nabył. Przeciekający dach budynku i problemy z systemem grzewczym nie zniechęcają staruszka do zrealizowania przedsięwzięcia. Z perspektywy czasu okazuje się, że to nie są największe przeszkody. Idealistyczna wizja Viga zderza się z ekonomią i polityczna grą rosyjskiego patriarchatu.

Film portretuje człowieka pragnącego zorganizować oazę dla ludzi dobrze czyniących i w skupieniu oddających się modlitwom. Bezpieczne, oddalone od zgiełku miejsce, o które dbaliby wspólnym wysiłkiem przebywający tam wierni. Myślę, że on myśli o stworzeniu wspólnoty życzliwych sobie ludzi, gotowych do poświęceń i wyrzeczeń w zamian za szansę na takie spokojne miejsce na Ziemi. W takim miejscu, gdzie ludzie kierują się tylko dobrą wolą, zapałem, skromnością, wzajemnie sobie pomagają nie ma potrzeby tworzyć pojęcia Boga, bo on już sam tam sobie niezależnie istnieje. Nie obchodzi go, czy zbuduje mu się kapliczkę z megakrzyżem. Nie obrazi się, gdy trzeba będzie ją przenieść. Nie zagrzmi z gniewu z powodu tego, że w jednej z komnat jest łóżko, na którym kiedyś palono haszysz, a w innej zawieszone są na ścianach buddyjskie makaty.
Do tej oazy przyjeżdża delegacja z rosyjskiego klasztoru. Ma wymagania i swoje zasady. W oparciu o nie funkcjonuje od wieków instytucja, którą reprezentuje. Prosi, później żąda i stawia ultimatum. Wznosi ołtarze i wyśpiewuje swoje modlitwy, ale ani na moment nie zapomina o realizowaniu swoich interesów. Fascynująca jest ta konfrontacja. Odkrywa wiele prawdy o każdej ze stron.
Którą z nich bardziej umiłuje Bóg?

BE_1

Billy Elliot.

Pamiętam swój pierwszy seans Billiego, już parę lat temu. Gdy oglądałem ten film miałem wrażenie, że tak jak ślimakowi rosną mi różki wrażliwości. Nie zakłócone żadną przeszkodą z otoczenia potrafiły rozwinąć się w pełni. Od razu wysoko umieściłem go na swojej prywatnej liście rankingowej. Ma ten film silną moc oddziaływania. Nie jest to zbyt skomplikowana historia, może nawet trochę banalna, ale wydaje się, że ma wszystkie składowe arcydzieła. Wyznacznikiem wielkości filmu jest umiejętność wzruszenia prostym słowem, czy gestem. Znajdziemy je w psychologicznej grze Billiego z nauczycielką baletu panią Wilkinson (to, jak się nawzajem testują, docierają, znajdują płaszczyznę porozumienia), albo w zwątpieniu chłopca na egzaminie i wepchnięciu go siłą ponownie na salę przez ojca, albo w sposobie zachowania Billiego, gdy przychodzi list z komisji rozstrzygający kwestie przyjęcia do szkoły baletowej i jego reakcja na sukces. To subtelności, ale właśnie one decydują o doskonałości. Sprawiają, że historia niepełnej rodziny górniczej z płn-wsch. Anglii staje się tak poruszająca, realna, krwista.

Ciężko nazwać to, co czuję w wymienionych i jeszcze innych momentach. To jest chyba ten absolutny zachwyt kinem, dzięki któremu odradza się we mnie wiara w rodzaj ludzki. W to, że jest możliwe przełamanie barier i obalenie stereotypów. Dzięki filmowi mamy okazję stać się świadkami cudu i przekonać się, że jest on w zasięgu możliwości każdego. Nie mam tu na myśli narodzin talentu Billiego i jego walki o zaakceptowanie tak odmiennego w środowisku zainteresowania. Przedmiotem mojego największego wzruszenia w filmie jest zmiana postawy ojca.

Świat jest bankietem. Tragedią jest to, że większość ludzi umiera na nim z głodu. Jackie Elliot – dzięki swojej przemianie i uwierzeniu w to, że taniec jest szansą dla jego syna i biletem do lepszego świata udowadnia, że ma bilet na taki bankiet.
Przed kolejnym podejściem do oglądania filmu miałem obawy, czy będę w stanie oglądać go z tym samym przejęciem i wzruszeniem co za pierwszym razem. Czy nie stępiła mi się już dusza. Ale jest dobrze. Ślimak znowu zadziałał :)

contorol_1

Control.

„- A muzyka? Jest piękna?
- Częściowo
- A muzyka Joy Division?
- Częściowo tak, ale jedna jej część nigdy nie miała być piękna.”


Tak Ian Curtis określił muzykę swojego zespołu w wywiadzie z przyszłą kochanką. Trafność tej wypowiedzi potwierdza już sama nazwa zespołu. Joy Division nawiązuje do opisanej w książce: „Dom lalek” Yahiel De-Nur grupy więźniarek obozu koncentracyjnego zmuszanych do świadczenia usług seksualnych.
Zacytowany fragment dialogu pochodzi z filmu Antona Corbijna pt.: ”Control”. To film, jaki powstał z pasji i uwielbienia dla tego emitującego smutek zespołu. Wszystko, co powstaje z pasji to zwykle kawał dobrej roboty. Tak jest i tym razem. Choćby dlatego, że potrafi zrodzić fascynację u współcześnie żyjących.
Gdy 23 letni Ian powiesił się na sznurze od suszarki miałem niewiele ponad roczek. Film Holendra otworzył mi drzwi do fascynującego ogrodu muzycznego i zapoznał z niezwykle przejmującym konfliktem wewnętrznym artysty, który oddawał całego siebie na scenie.

„A więc to jest trwałość,
Miłość, zachwiana duma…
To, co kiedyś było niewinne,
Odwróciło się na drugą stronę.
Wisi nade mną chmura
Znaczy każdy mój ruch
Głęboko w pamięci, to co kiedyś było miłością”

W tych słowach piosenki zawarte jest tak wiele. Kumulują one wszystkie udręki Curtisa. Płyną z najciemniejszych zakamarków jego duszy. Są krzykiem rozpaczy jego myśli targanych nierozstrzygniętymi zapasami. Są dowodem na to, że nie potrzeba wojny, żeby wpakować siebie i najbliższych w niezłe bagno.
W losy wokalisty Joy Division wpisany jest tragizm. Może tak musiało być, żeby zrodziła się ta jedyna w swoim rodzaju muzyka. Może życie Iana uzupełnia zestaw tragicznych historii nie przystających do świata artystów. Bez względu na okrucieństwo losu, który musi reżyserować całe spektrum dramatów, zostają piękne ślady. To smugi czarnego dymu wznoszące się w kierunku błękitnego, czystego nieba.